logo

[.:] - Kryzys w życiu zakonnym - Aspekt psychologiczny - cz I Drukuj
Wpisany przez Zasuwik S. Jadwiga służka NMPN   
piątek, 22 maja 2009 14:34

KRYZYSY W ŻYCIU KONSEKROWANYM - część I

Aspekt psychologiczny

 

Przedmiotem naszego zainteresowania jest kryzys w życiu zakonnym. By głębiej zrozumieć zjawisko kryzysu, proponuję słów kilka o ludzkim rozwoju.

Psychologowie mówią o wrodzonej potrzebie rozwoju i dążenia ku pełni. Zdolność do rozwoju jest ważnym kryterium w definiowaniu zdrowia psychicznego. Aby być zdrowym psychicznie, nie wystarczy nie mieć pewnych cech, uznanych za patologiczne, tzw. zaburzeń psychicznych. Człowiek zdrowy zachowuje równowagę i integrację wewnętrznych procesów psychicznych i działania. Adekwatnie postrzega rzeczywistość, nie zniekształcając jej obronnie. Jest pozytywnie nastawiony do siebie i potrafi godzić się ze swoją słabością bez poczucia klęski. Przejawia zdolność do utrzymywania pozytywnych więzi z ludźmi i jest przyjaźnie nastawiony do otaczającego świata. Posiada poczucie własnej autonomii, emocjonalnej niezależności od otoczenia i gotowość do postępowania według własnych wewnętrznych standardów, co rodzi szacunek do siebie zamiast szukania aprobaty u innych. Odznacza się kompetencją zawodową i społeczną. Decyduje się na trud wewnętrznych przemian w procesie ciągłego przekształcania swej osobowości. Realizuje swoje potencjalne możliwości. Wytycza sobie cele i podejmuje odpowiedzialnie ważne zadania życiowe. Ma poczucie zadowolenia i szczęścia.

Człowiek zdrowy więc to ktoś rozwijający siebie, dążący do pełni swego istnienia za cenę osobistego wysiłku. W konsekwencji podejmowania trudu rozwoju czuje się szczęśliwy.

Bardzo nam w tym w psychologicznym podejściu do rozwoju brakuje kryterium odniesienia człowieka do Boga, danej nam przez Pana Boga zdolności ludzkiej do otwierania się na rozwojowy plan Boga. Bo rozwijać się to jakby pielęgnować ziarnko gorczycy, posadzone przez samego Pana Boga w osobistym ogrodzie, by wyrosło i stało się wielkim drzewem.

Rozwój zakłada poznanie i doświadczenie własne miłości Boga, rozeznanie osobistego potencjału rozwojowego – otrzymanego bogactwa talentów i ich urzeczywistnianie na drodze pójścia za Jezusem i w komunii z Jezusem. Jezus na tej drodze jest Przewodnikiem i obdarza nas łaską autotranscendencji, przekraczania siebie w miłości do Niego i ludzi.

Rozwój jako proces można przedstawić graficznie na osi współrzędnych: czasu życia i nasilenia zmian rozwojowych. Wówczas rozwój byłby krzywą sinusoidalną, falującą, jednakże ciągle wznoszącą się ku górze. Gdy w pewnym momencie krzywa załamuje się i opada ku dołowi, stanowi obraz kryzysu w rozwoju.

– Co się takiego w życiu wydarza, skoro krzywa rozwojowa zmienia swój kierunek?

– Dlaczego człowiek ucieka przed własnym rozwojem, mimo że ma osobisty interes pójścia w górę (kompleks Jonasza)?

– A może ten moment krytyczny jest w stanie uruchomić proces rozwojowy o innej jakości?

Uczniowie uciekali z Jerozolimy najprawdopodobniej kryzysując, a po spotkaniu z Jezusem w Emaus, gdzie Pisma im wyjaśniał i łamał chleb, podjęli odważnie zadanie.

Zanim zaczniemy odpowiadać na te i inne pojawiające się nam pytania, spróbujmy przyjrzeć się kryzysom.

 

OBRAZ KLINICZNY KRYZYSÓW

 

Kryzysy stanowią naturalną składową ludzkiego losu, nieuchronnie przeplatając bieg naszego życia, również konsekrowanego.

 

Pojęcie kryzysu

 

Nie ma jednoznacznej, powszechnie akceptowanej definicji kryzysu. Termin kryzys bywa używany zamiennie, a czasem sprowadzany do takich terminów pokrewnych, jak: stres, konflikt, sytuacja trudna, sytuacja krytyczna… Złożoność zjawiska powoduje, że różni badacze kładą nacisk na rozmaite aspekty, konstytuujące ich zdaniem istotę kryzysu.

Kryzys jest określany jako utrata równowagi psychicznej, emocjonalnej, fizjologicznej[1]. Znamionuje go pobudzenie i napięcie. Osoba jest równocześnie przestraszona, rozgniewana, niepewna, zmieszana, przeżywająca poczucie winy. Przeżycia te są krańcowo bolesne. Dochodzi do gwałtownego obniżenia się odporności psychicznej skutkiem wyczerpania się, zablokowania lub nieskuteczności dotychczasowych strategii zmagania się z zagrożeniem. Rozstrzyga się stan zdrowia człowieka, jakość relacji społecznych, kierunek i sens dalszego życia.

Kryzys zagraża integralności osoby i jej tożsamości. Zostają podważone ważne wartości, zasadnicze dążenia, dotychczasowe cele.

W kryzysie uwzględnia się czynnik zewnętrzny, tzw. wydarzenie krytyczne, stanowiące zagrożenie. Podkreśla się element dysproporcji, niezgodności, rozbieżności między presją środowiska a aktualnymi możliwościami jednostki. Wydarzenie krytyczne stwarza konieczność rozwiązania kryzysu, wymuszającego zmiany zachowania w kierunku większej zgodności z wymaganiami sytuacji.

Kryzys ma znaczenie dwuwartościowe. Stanowi szansę rozwoju lub ryzyko zaburzeń. Stwarza konieczność zmiany perspektywy, możliwość zmiany przystosowania i swojej osobowości w krótkim czasie. Przemiany mogą mieć charakter rozwojowy i progresywny.

 

Kryteria rozpoznania kryzysu:

 

1. Kryteria subiektywne:

– wszechogarniające uczucie bezradności, beznadziejności

– poczucie niezdolności do aktywności, do dalszego działania

– poczucie braku kontroli nad swoim życiem

– poczucie niezdolności do niesienia dalej ciężaru życia i wypełniania swoich dotychczasowych obowiązków i ról

– zwiększenie zależności od innych ludzi

– wysoki poziom lęku, który może przechodzić w stan paniki

– występowanie i nasilenie objawów somatycznych: bóle głowy, wzrost ciśnienia, bezsenność…

 

2. Kryteria obiektywne:

 – możliwość wskazania wydarzenia krytycznego, które wywołało kryzys

 – stosunkowo nagłe i nieoczekiwane wystąpienie stanu nierównowagi

 – załamanie się dotychczasowych wzorców zachowania

 – występowanie subiektywnego poczucia dyskomfortu psychicznego.

 

WYBRANE RODZAJE KRYZYSÓW OSOBOWOŚCIOWYCH

 

Kryzysy mogą wystąpić nagle. Spowodowane są nagłymi, nieoczekiwanymi wydarzeniami: śmierć, ciężka choroba, zmiana miejsca zamieszkania… Na skutek nagłych wydarzeń i kumulacji stresu może dojść do szybkiego załamania się mechanizmów regulacji, a nawet doprowadzić do zaburzeń pourazowych.

 

Częściej jednak kryzys ma przebieg narastający powoli, w którym napięcie nasila się aż do momentu szczytowego. Taki kryzys chroniczny może trwać latami, z fazami utajenia i nasilania. Stan trwającej dłuższy czas nierównowagi, przejawiającej się znacznym przewrażliwieniem, uczuleniem na bodźce emocjonalne może przejść w ostrą fazę kryzysu po zadziałaniu konkretnego wydarzenia krytycznego (często niewielkiej wagi), ostatniego w serii wydarzeń stresujących, zwanego wydarzeniem spustowym. Wydarzenie spustowe może symbolizować istotę kryzysu.

 

Kryzysy zewnątrzpochodne

 

Wydarzenie krytyczne narusza wewnętrzną równowagę osoby, stwarzając wyzwanie jej dotychczasowym mechanizmom adaptacyjnym. Tworzy sytuację emocjonalnie ryzykowną dla osoby. Odnosi się do istotnych dla niej dążeń i świata wartości. Często jest nieoczekiwane i zaskakujące (wypadek, zmiana życiowa, np. małżeństwo, rozwód, zmiana pracy, zmiana światopoglądowa, zmiana placówki…).

Wydarzenie krytyczne może być uciążliwe nie tyle przez swoją siłę, ile przez swoją wyczerpującą długotrwałość, zmuszającą do funkcjonowania przez dłuższe okresy czasu pod presją, w warunkach ograniczonej kontroli osobistej (przemoc w rodzinie, długotrwała, wyczerpująca, monotonna praca, patologizujące metody wychowawcze czy formacyjne).

Wydarzenie krytyczne powoduje intensywne przeżycie we wnętrzu człowieka, poczucie zmęczenia i wyczerpania, lęk i zamęt w myśleniu. Wysoki poziom napięcia i niepokoju odzwierciedla się w dezorganizacji funkcjonowania psychospołecznego. Zwykle brakuje osobie sił psychicznych, zaufania do siebie. Odczuwa niedostatek motywacji do zmierzenia się z problemem, traci poczucie kompetencji i przekonanie, że od niej coś zależy… Czasem przejawia tendencje samobójcze.

I nie wiadomo, co jest bardziej kryzysogenne, czy to, co się dzieje we wnętrzu człowieka, czy jawiąca się konieczność wniesienia nowych zmian w życiu. Czasem trzeba inaczej zorganizować swoją przestrzeń życiową, zmienić wiele w stosunkach interpersonalnych.

 

Kryzysy rozwojowe

Rozwój jest procesem złożonym, przebiegającym przez trudne przemiany, których siłą dynamizującą jest niezadowolenie z siebie i cierpienie. Krzywa rozwojowa wznosi się i opada, odzwierciedlając czas wzrostu, równowagi, spokoju i czas zatrzymania, krytycznej konfrontacji, dezintegracji struktury uznanej za niedojrzałą, jakby krótkotrwałego regresu.

Punkty zwrotne na krzywej oznaczają przemiany osobowości w kierunku jej wzbogacania i pogłębiania samoświadomości.

Źródłem kryzysu może tu być lęk przed zmianą, trud konieczności podejmowania trudnych decyzji i wyboru wyższych wartości, walka o własną tożsamość i autentyczność czy trud poszukiwania swojej drogi życiowej.

Natura ludzka jest pełna wewnętrznych sprzeczności, chęci i niechęci, tendencji ku ludziom i od ludzi… Kryzysy wynikają ze złożoności ludzkiej osobowości i bogactwa ludzkiego wnętrza.

 

Kryzysy związane z wyższym poziomem dojrzałości

Człowiek dojrzewa, przechodząc aktywnie przez naturalne fazy rozwojowe, przynoszące ze sobą konkretne zadania i specyficzne konflikty[2]. Rozwój to kreatywne podejmowanie zadań, konstruktywne rozwiązanie konfliktu fazy i wprowadzanie zmian progresywnych. Rezultatem pozytywnego przejścia fazy rozwojowej jest osiąganie wartości i dojrzałych postaw, właściwych poszczególnym stadiom rozwojowym.

 

Adolescencja stawia zadanie radykalnej zmiany tożsamości od dziecięcej do dorosłej. Kryzys poszukiwania spójnej tożsamości w tej fazie jest kluczowy dla całego rozwoju człowieka. Osiągnięciem wiekowym jest tu ujmowanie siebie w kategoriach zintegrowanej osobowości, z ukształtowanym poczuciem tożsamości, oraz samodzielność i autonomia. Te atrakcyjne wartości nie są łatwe do realizacji. Stąd częstym problemem dorastających jest lęk przed dorosłością, wyrażający się w odrzucaniu związanych z nią zadań i obowiązków. Może on wynikać z zakłóceń wcześniejszego rozwoju, np. przetrwania silnego dążenia do przyjemności czy niewykształcenia umiejętności radzenia sobie z niepowodzeniem.

 

Wiek młodzieńczy (18-35) wymaga obdarzenia miłością i oddania się drugiej osobie. Zadania rozwojowe tego okresu to: określenie w sposób spójny i trwały własnej tożsamości, nawiązanie głębszych związków interpersonalnych, co związane jest z uwolnieniem się od siebie samego, a wyczuleniem na potrzeby innych, wzrost troski o innych, wyraźniejsze dostrzeganie problemów moralnych, etycznych w kategoriach doświadczeń życiowych, pogłębianie dziedzin aktywności, takich jak: zainteresowania, praca, nauka.

Niebezpieczeństwem rozwoju w tej fazie jest nieumiejętność budowania głębszych, bliskich kontaktów. Rezultatem jest izolacja i trudności w osiąganiu kreatywności w następnej fazie rozwojowej.

Osoba konsekrowana podejmuje te zadania w relacji do Chrystusa, we wspólnocie i poprzez zleconą misję. Jest to dla niej najpierw czas wielkich inwestycji w siebie. Podejmuje formację duchową. Przeżywa zafascynowanie Panem Jezusem, doświadcza Jego oblubieńczej miłości, buduje z Nim głęboką, zażyłą relację, zgłębia Jego ewangeliczne przesłanie, tworzy charyzmatyczną tożsamość zakonną. Podejmuje również formację ludzką: poznaje siebie, buduje rzeczywisty, akceptujący obraz siebie, pracuje nad swoją uczuciowością, wolnością. Formuje siebie do dojrzałego wchodzenia w relacje międzyludzkie.

Wszystko to po to, by być gotową do obdarzania miłością Boga i bliźnich. Znakiem osiągnięcia tego stadium rozwojowego jest właśnie miłość.

 

Okres dorosły (35-60) – zadaniem tej fazy jest zdolność do twórczego wspierania rozwoju następnych generacji, do umiejętnego dzielenia własnego bogactwa i doświadczenia z młodym pokoleniem. Osoba, która nie osiąga wartości tego stadium, czyli troski o innych, doświadcza osobistego zubożenia, stagnacji rozwojowej i narastającego nadmiernie zainteresowania własnym „ja”. Pojawia się syndrom staropanieństwa.

W tej fazie osoba doświadcza również kryzysu połowy życia. Pojawia się konflikt między biologicznym obniżaniem się sprawności a silnie wzrastającym rozwojem życia psychicznego i duchowego. Konflikt domaga się głębokiej przemiany wewnętrznej, doskonalenia procesu osobowości i tolerancji wobec swoich słabości. W wyniku dokonanego bilansu życia, oceny poznawczej sensu i znaczenia własnej egzystencji, osoba ma zadanie dokonania transformacji stylu życia. Musi wiele zmienić, czasem z czegoś zrezygnować i zostawić młodszym, zaakceptować przemijanie i starzenie się organizmu, przepracować egzystencjalny niepokój… Może pogłębić refleksję nad sobą, uszlachetnić motywy działań i dokonać zmiany niektórych zadań, nabrać dystansu do wielu spraw, zmienić ekspresję emocjonalną. Więcej w jej życiu transcendencji i zwrotu ku temu, co bardziej wewnętrzne. Więcej w niej rozumienia innych i więcej życia dla innych. Jej życie nabiera głębi, koloru i smaku dojrzałego owocu. I właśnie o owoce, a nie o zielone liście drzewa figowego Panu Jezusowi chodziło, ponieważ owoce są dla innych.

Osoba broniąca się przed poczuciem upływającego czasu i stawiająca opór przed pójściem dalej zatrzymuje uwagę na szacie zewnętrznej swej osobowości, udowadnia sobie i wszystkim wokół, że liście ma wciąż zielone. I bardzo zabiega, by liście zielonymi pozostały, za mało troszcząc się o owoce.

Okres senioralny (ponad 60) – zadania rozwojowe tego okresu to: znalezienie nowych zainteresowań i nowych form aktywności społecznej, dojrzałe i akceptujące przeżywanie zmieniających się ról społecznych, procesów starzenia się, zmniejszającej się siły fizycznej i choroby, śmierci osób bliskich i perspektywy własnej śmierci.

Osoba staje przed kryzysem, który wyraża się opozycją: integralność „ja” – rozpacz. Gdy człowiek ocenia pozytywnie swe życiowe decyzje, działania i aprobuje swe życie jako sensowne, ważne, gdy napracował się dla Pana Jezusa i miłością wypełnił swe życie, doznaje poczucia integracji „ja”. Doświadcza celowości własnego istnienia nawet w obliczu śmierci. Przeżywa dojrzale i ze zrozumieniem trudne uczucia: smutku przed odejściem i rozstaniem czy lęku przed cierpieniem i nowymi wyzwaniami. Jest tu miejsce na wewnętrzną walkę i słowa: „oddal ode mnie ten kielich”, ale i na wyznanie: „niech się spełni Twoja wola”. Osoba te trudne stany ducha przeżywa razem z Chrystusem. Integruje swe wewnętrzne siły wokół Jego krzyża, gdzie znajduje nadzieję na pełnię życia. Efektem osiągnięcia tego stadium jest mądrość.

Gdy bilans wypada ujemnie, syndrom zachodzącego słońca rodzi w człowieku wielki ból, frustrację, niezgodę. Przeżywa on żal, panikę, rozczarowanie, gorycz, a nawet rozpacz.

Krótka refleksja nad fazami rozwojowymi wieku dorosłego pokazała nam, że rozwój jest procesem pogłębiania swej osobowości, bogatym również w cierpienie. Domaga się bowiem gotowości do konfrontacji i przekształcania tego, co zaledwie się osiągnęło, a już okazuje się niewystarczające, nabywania nowych umiejętności i nowych funkcji. Wewnętrzny wzrost zawsze przynosi radość, poczucie własnej wartości, godności i głębokiego sensu. Jeśli człowiek nie podejmuje z jakichś racji swego rozwoju, ulega lękowi przed doskonaleniem siebie i dążeniem ku pełni, cofa się w swoim człowieczeństwie, deformuje je i głęboko siebie unieszczęśliwia. Pojawiają się objawy kryzysu. Ta trudna sytuacja może być również szansą, a może nabrać cech kryzysu chronicznego.

 

KRYZYSY W ŻYCIU OSÓB KONSEKROWANYCH

 

Osoby konsekrowane mają jeszcze ważniejszą motywację do osobistego rozwoju, bo do niego zaprosił nas sam Pan Jezus. Oto niektóre zachęty Mistrza: bądźcie doskonali jak Ojciec w niebie, dbajcie o użyźnianie gleby, by mogło z niej wyrosnąć posiane przeze Mnie ziarno, najważniejszym zadaniem jest miłość Boga i miłość bliźniego jak siebie samego… Mamy na pracę formacyjną błogosławieństwo Pana Jezusa. Nasz rozwój jest Jego wolą.

Pierwsza część wykładu przypomniała nam, że kryzysy są naturalną składową naszego dynamicznego rozwoju. Dla osób konsekrowanych są zawsze szansą, gdy uciekając z Jerozolimy ze swoim nieszczęściem, zmieszaniem, wątpliwościami w sercu, utraconą nadzieją, pozwolą Jezusowi przyłączyć się do nich, wsłuchają się w Jezusowe wyjaśnienia, zasiądą razem z Nim do stołu. A wtedy oczy im się otworzą i serce na nowo zapała.

Doświadczenie pokazuje, że nie zawsze tak się z nami dzieje. Spodziewaliśmy się tyle od Pana Jezusa, że nas wyzwoli. Tyle od zakonu, że nas rozwinie. Tyle od siebie, że przyniesiemy stokrotny owoc.

Trudności mogą pojawić się na każdym odcinku. Osoba może mieć w sobie coś, co tak do końca nie pozwala Jezusowi przyłączyć się do niej. Wewnętrzne konflikty, zranienia, zamieszane uczucia i stereotypy poznawcze mogą poważnie utrudniać jej wsłuchiwanie się w Jezusa. Może nawet usiąść przy stole z Nim fizycznie, a duchowo dalej uciekać z Jerozolimy, by zapomnieć.

Obecności Jezusa i Jego łaski nie braknie osobie konsekrowanej w kryzysach – i tych rozwojowych, i tych związanych z działaniem stresora zewnątrzpochodnego, i tych wynikających z zatrzymania się w drodze, i wreszcie tych, które są konsekwencją pogubienia, nierozeznania właściwych wartości życia konsekrowanego.

Osoby konsekrowane zwykle pragną, by ich krzywa rozwojowa wznosiła się w górę. Co się jednak dzieje, że krzywa ma przebieg płaski czy w pewnym miejscu zmienia kierunek w dół, czasem ściągając inne krzywe za sobą? Mogą pojawić się wtedy kryzysy o szerszym zasięgu, np. na poziomie wspólnoty.

 

Kryzysy jako skutki błędów formacyjnych u osób konsekrowanych

Na początku warto powiedzieć o grupie osób pośród nas, które nazywamy zwykle trudnymi, chociaż nie są to osoby kryzysujące. Osoby te są głębiej zaburzone osobowościowo. Mają wyraźnie dysharmonijne postawy i zachowania, obejmujące zazwyczaj wiele zakresów funkcjonowania, np. uczuciowość, pobudliwość, kontrolę popędów, sposoby postrzegania i myślenia oraz styl związków z innymi ludźmi.

Ich utrwalone i sztywne wzorce zachowań są w niewielkim stopniu podatne na zmiany, w tym również na formację. Osiągnęły sobie właściwą, statyczną równowagę na bardzo niskim poziomie rozwoju i funkcjonowania psychospołecznego. Trudno tu mówić o kryzysach w znaczeniu stanów dezintegracji, związanych z przechodzeniem na wyższy poziom rozwoju. To raczej inne osoby są w stanie wprowadzić w kryzys.

Filozofią życia osób o nieprawidłowej osobowości jest robić sobie dobrze, zadbać o siebie. Osoby te nie wykształciły uczuciowości wyższej, co znaczy, że nie są w stanie stworzyć więzi z ideą, czyli z religią również. Ich miłość do Boga, fascynacja orędziem Pana Jezusa jest najczęściej deklarowana. To też znaczy, że wartości ewangeliczne nie spełniają swej funkcji regulacyjnej w ich życiu. Osoby te mają bardzo uproszczoną, zawężoną wizję świata i życia ewangelią. Mogą angażować wiele swych destrukcyjnych energii w głoszenie sfanatyzowanych poglądów, zredukowanych do wybiórczych aspektów nauczania Jezusa, pod szyldem ewangelicznego radykalizmu mijając się z miłością i dobrze nie czyniąc. To niegdyś Szaweł, wąsko myśląc w imię wartości, z wielką gorliwością i pasją prześladuje chrześcijan. Po spotkaniu z Jezusem, uzyskując szeroką perspektywę rozumienia spraw Bożych i ludzkich, otwiera podwoje Kościoła dla pogan i głosi światu hymn o miłości, która jest największa.

Osoby z zaburzoną osobowością nie potrafią stworzyć prawidłowych więzi z ludźmi. Są z nimi ze względu na zaspokajanie swoich potrzeb. Potrafią świetnie wpisać się w oczekiwania osób znaczących, przekonać ich o swojej krzywdzie i swojej racji, zaangażować je w osiąganie swoich celów. Łatwo wchodzą w rolę ofiary i z tej pozycji osiągają wiele. Mają problem z kontrolą swej agresji i inwazyjnej dominacji, wchodząc nieproszone w psychologiczną przestrzeń osób, zwłaszcza słabszych, i tam się rządząc. Ranią i nie czują, że ranią. Trudno im przyjąć perspektywę drugiego człowieka. Trudno im zadbać o to, by inni dobrze się z nimi czuli. Nie reagują poczuciem winy. Nie przeżywają wstydu, lęku. Przyczynę napięć, konfliktów lokalizują na zewnątrz. Ich próg odporności na zranienia jest bardzo niski, stąd łatwo ich urazić. Pielęgnują urazy i czynią je narzędziem walki z bliźnimi. Bo to inni zawsze są winni ich nieszczęść. Szantażują samobójstwem. Przejawiają tendencje do samouszkodzeń. Nie przewidują skutków własnego postępowania. Mają wysokie zapotrzebowanie na emocjonalną stymulację. Dlatego ciężko znoszą samotność i ciszę klasztorną. Prowokowanie konfliktów, zamieszanie, wikłanie relacji między siostrami, podniesienie napięcia wspólnotowego wypełnia im trudną do zniesienia pustkę. Uruchamiają swoją inteligencję, energię, wytrwałość, przemyślność w tworzeniu pozorów i dobrej autoprezentacji, deklarują sugestywnie przywiązanie do wartości, potrafią się czasowo niezwykle poświęcać, dopóki np. nie złożą profesji wieczystej. W zgromadzeniach zakonnych zwykle znajdują grunt do utrwalania swych problemów. W świeckiej grupie zawodowej musiałyby ciężko pracować nad sobą, by utrzymać pracę, zyskać akceptację, przebaczenie, a we wspólnocie mają to wszystko za darmo. Więc mają mniejszą motywację do zmiany.

Ukazany obraz nieprawidłowej osobowości nie jest pełny, bo zajmujemy się nią tylko w odniesieniu do tematu kryzysu, w którym może pełnić rolę stresora zewnątrzpochodnego. Trzeba wiedzieć, że nasycenie osobowości wymienioną patologią jest oczywiście różne, i im jest większe, tym mamy do czynienia z większym zaburzeniem.

Osoby zaburzone nawet nieświadomie stawiają opór na zjawiska rozwojowe we wspólnocie. Jeśli jest ich więcej we wspólnocie, mogą ją wprowadzić w kryzys. Wspólnota, zamiast realizować swoje zadania, intensywnie koncentruje się na przetrwaniu, na rozwiązywaniu problemów na poziomie interpersonalnym, których najczęściej rozwiązać się nie da. Nie wszyscy bowiem członkowie wspólnoty są zainteresowani autentycznym rozwiązaniem konfliktów. Często chodzi o to, by właśnie konflikt istniał. Co najwyżej akceptują okresowe jego wyciszenie.

Wracamy do tematu przyczyn kryzysów u osób konsekrowanych. Mogą nimi być błędy formacyjne, ustawiające pracę własną w niewłaściwym kierunku, które w przyszłości zaskutkują kryzysem.

Błąd formacyjny może wynikać z nieprawidłowej identyfikacji problemu siostry na etapie formacji początkowej i w konsekwencji wprowadzenia niewłaściwego kierunku formacji ludzkiej.

Oto przykład. Siostra Beata ma 24 lata, jest studentką polonistyki. Zgłosiła skargi: nasilające się wciąż bóle głowy, obniżoną odporność na infekcje, poczucie bezwartościowości, zawstydzenia, upokorzenia. Zaliczyła kiepsko sesję. Wybucha płaczem. Zapytana o średnią egzaminacyjną, odpowiada, że 4. We wspólnocie weszła w konflikt z siostrą, która skomentowała jej porażkę: „nie udało ci się być najlepszą”. Nie czuje się lubiana we wspólnocie. Cierpi, bo nie jest w stanie pogodzić nauki, modlitwy i zaangażowania w życie wspólnoty. Mówi o sobie, że jest ambitna, wręcz perfekcjonistka. W szkole też nie miała przyjaciół. Ale przez nauczycieli była faworyzowana. Podobnie czuła się wyróżniana przez siostrę mistrzynię, bo była dobrą nowicjuszką. Czy sprzątała, czy usługiwała chorym siostrom, czy recytowała na scenie, czy grała na gitarze w kaplicy i na rekreacji, wszystko starała się robić perfekcyjnie z miłości do Pana Jezusa. W kaplicy zwykle była najdłużej obecna przed Panem Jezusem. Mistrzyni przy życzeniach powiedziała jej, że jest radością zgromadzenia. Doskonała, wyróżniana, bo inaczej po prostu być nie mogło. A teraz nie jest pewna, czy jest na swojej drodze. Na rekolekcjach, przed tygodniem, uświadomiła sobie, jak marzenie mamy, by któreś z dzieci poszło do zakonu, mogło mieć wpływ na jej decyzję o życiu zakonnym. Starszy o 5 lat brat zdradzał się ze swym zamiarem pójścia do seminarium, ale wcześniej chciał skończyć architekturę, a na studiach jego dziewczyna zaszła w ciążę. Ojciec s. Beaty był alkoholikiem. Spowodował wypadek, miał uraz głowy i stał się bardzo trudnym człowiekiem. Mama czuła się winna, bo chyba Pan Bóg karze ją za to, że mąż dla niej zostawił seminarium. Mama była zawsze dumna z osiągnięć szkolnych Beaty, z jej urody. Słyszała często od mamy, że jest najmądrzejsza, najlepsza w całej rodzinie. Beata chodziła do szkoły muzycznej, tam też była najlepsza. Przynosiła nagrody, wyróżnienia. Brat nie traktował tak poważnie nauki, jak ona. Miał dobre serce, ale zbyt beztroski stosunek do życia. Tak o nim mówiła mama. Beata była kiedyś dzieckiem nieśmiałym, ale dzięki mamie pokonała ten problem. Mama radziła jej, że jak będzie aktywna na lekcji, zawsze zgłaszała się do odpowiedzi, to szybko stanie się prymusem, i tak rzeczywiście się stało. Tak było też kiedyś i z mamą. Mama dbała, by Beata była najlepiej ubrana.

Terapia pokazała, że s. Beata ma problem narcystyczny i że jest delegowana przez matkę do życia zakonnego, by wyciszyć poczucie winy mamy i zatrzymać karę Bożą, zawisłą nad rodziną. Syn wymknął się delegacji mamy, a mama ubolewała nad kolejną jego lekkomyślnością. Narcystyczne standardy funkcjonowania to: doskonałe działania, wspaniałe osiągnięcia, nieskazitelna autoprezentacja. Takież same miała s. Beata. Uraz narcystyczny dziecka wiąże się z niezdolnością rodziców do kochania dziecka ze wszystkimi jego słabościami, konfliktami, talentami, uzdolnieniami. Rodzice nadają swemu dziecku poprzez upomnienia, pochwały, życzenia... komunikat: nie bądź tym, kim jesteś, bo ktoś taki rozczarowuje mnie. Bądź tym, kim ja chcę, żebyś był, a będę cię kochać. Dziecko wybierze miłość i zaprzeczy swemu autentycznemu ja. Nadmiernie rozwinie tę część swego ja, które jest oczekiwane przez rodzica. Grzebie ekspresję swego prawdziwego ja i zastępuje wysoko rozwiniętym, kompensacyjnym, fałszywym ja. Bądź najlepsza, najmądrzejsza i znieś ze mnie karę Bożą, a będę cię kochać – komunikowała całym stylem zachowania mama Beacie.

Beata nie mogła być słaba, czasem w czymś gorsza od koleżanek. Nie mogła mieć nieposprzątanych zabawek, niepoukładanych równo ubrań w szafie, zagiętego rogu w zeszycie. Z czasem narcysta odrzuca w sobie to, co było odrzucone przez rodzica, a buduje fałszywe ja, zależne od osiągnięć. Fałszywe ja dostarcza mu euforii, dumy, uniesień, zachwytu sobą. Rozwija wielkościowość, perfekcjonizm, dumę, manipulację. Narcystycznie zraniona i użyta przez mamę, Beata używa teraz koleżanki, siostry do odzwierciedlenia swego perfekcyjnego obrazu. Musi okazać się od nich lepsza i oczekuje potwierdzenia swej wyższości, pochwał czy adoracji. W kontaktach koleżeńskich ponosi klęskę. Zauważmy, że to współsiostra nazwała prawidłowo jej problem: „Nie udało ci się być najlepszą”. Beata rozszerza swe wielkościowe ja przez przesadne dbanie o kontakty z ludźmi znaczącymi. Siostra mistrzyni cieszyła się jej nieprzeciętnością, chwaliła za perfekcję i prowadziła w kierunku wzmocnienia problemu. Terapia pokazała, że Beata ma dużo ukrytej złości do mamy i mistrzyni. Dążenie do doskonałości ma dla Beaty inną definicję, której elementem składowym winno być odnalezienie swego rzeczywistego ja, pójście za głosem Chrystusa, a nie głosem mamy, akceptowanie porażek, słabości, dbanie o właściwe relacje ze współsiostrami, by im było z nią dobrze. Niech wpatruje się w Pana Jezusa, kiedy okazywał się słaby, zmęczony, kiedy był pokorny, przeżywał lęk, kiedy zasiadał przy stole z grzesznikami.

Beata zgłosiła się do terapii załamana, bo nie okazała się najlepsza na roku. Kryzys stał się dla niej szansą na autentyczny rozwój psychiczny i duchowy.

I jeszcze jeden przykład innego błędu formacyjnego. S. Ewa ma 31 lat. Zgłosiła się na terapię po zmianie placówki. Czuje się przerażająco osamotniona. Przeżywa poczucie wewnętrznego rozpadania się, nie radzi sobie z wewnętrzną pustką. Jakby traciła kontakt ze światem. Jakby nie była sobą. Dalsze życie ją przeraża. Nie rozumie, dlaczego doświadcza wewnętrznej dezintegracji, strasznego braku, tęsknoty, lęku. Ma żal do kierownika duchowego, bo ten nie chce jej dalej prowadzić. Nie jest w stanie się modlić, nie jest w stanie się skupić. Boi się nowego środowiska, wspólnoty. Nawet siostry wydają się jej boleśnie obce. Zapytana, czy wcześniej przeżywała coś podobnego, mówi, że po rozstaniu z mamą i z s. mistrzynią. Terapia pokazała, że w relacjach z tymi osobami s. Ewa jest zależna, uległa, wymagająca opieki, zajęcia się jej problemami, zaspokojenia potrzeb miłości, bezpieczeństwa. W relacjach tych doznaje błogich uczuć ukojenia, przypływu sił. Czuje się winna, że jest z nimi tak blisko, a czasem złości się na nie, i nie wie, dlaczego. Przeżywa lęk, że osoby ją opuszczą. I tak rzeczywiście się dzieje.

S. Ewa ma problem symbiotyczny. Kiedyś własną tożsamość zbudowała w oparciu o mamę, a nie o własne ja. Teraz dąży do psychicznego zlania się z osobami, które prezentują matkę. Potrafi odczuwać siebie, poznawać siebie tylko w relacji z innymi. Jak jest blisko, doświadcza lęku przed pochłonięciem, więc czyni próby odizolowania, które budzą poczucie winy. Jakby przez separację wyrządzała tym osobom krzywdę. Rozstanie z nimi przeżywa tak, jakby ktoś pozbawił ją części swego ja. Stąd poczucie psychicznego rozpadania, panicznego lęku, że sobie nie poradzi, pustki, przerażającego osamotnienia. Znowu zostaje sama, z osłabionym ja, bez wsparcia, odniesień. Ma nierozwiązany problem odrębności granic. Otrzymała we wczesnym dzieciństwie komunikat od mamy: „możesz dostać to, czego potrzebujesz, gdy wyrzekniesz się rozwoju swojego ja”. Przyczyną jej problemu był brak dostrojenia matki, która blokowała autonomiczne działania Ewy, jej samokontrolę, podejmowanie ryzyka przez lękowe, karzące wypowiedzi i przywiązywanie wagi do połączenia się, współodczuwania, identyfikacji, zależności od siebie.

Mała Ewa musiała wybierać między miłością matki a potrzebą indywiduacji. Wybrała miłość. Bliskość dla niej staje się inwazją. Ewa psychicznie zlała się z matką, nie zbudowała z nią granic. Ja – to mama i ja. Nauczyła się określać siebie poprzez to, jaka jest z kimś, zamiast jaka ona jest. Być samą dla s. Ewy to być z zinternalizowaną matką. Czuje tak, jak czuła matka. Myśli tak, jak myślała matka. Chce tego, czego chciała matka. Ewa traktuje siebie tak, jak była traktowana. Niszczy siebie tak, jak była kiedyś niszczona. Ma wnętrze, które zostało kiedyś odebrane. Teraz, jako osoba dorosła, szuka tożsamości w drugiej osobie. Dąży do osiągnięcia błogostanu fuzji. Zależna, uległa, wymagająca opieki, zaspokojenia potrzeb bezpieczeństwa, miłości, sensu. Gdy dochodzi do fuzji, doświadcza tę osobę jako pochłaniającą (lęk przed utratą autonomii) lub jako opuszczającą (lęk przed izolacją pozbawiającą tożsamości). Jest zdana na ciągłe powtarzanie traumy. Dobiera osoby podobne psychologicznie do matki, by powtórzyć związek. Druga osoba jest jej potrzebna do poczucia spójności, stabilności, trwałego związku z rzeczywistością. Żywi głęboką urazę do innych, bo narażają ją na dysforyczne stany lęku, poczucie winy, depresję. Bo inni chcą stłumienia autoekspresji, agresji.

S. Ewa potrzebuje wsparcia w procesie uwalniania się z usidlających ją związków, które podtrzymują jej fałszywą tożsamość. Potrzebuje pomocy w odseparowaniu tożsamości i poczucia ja. W budowaniu własnych granic pomoże jej ktoś, kto jej na to pozwoli i kto nauczy ją zachowywania optymalnego dystansu w relacji z sobą.

Siostra mistrzyni została wciągnięta w problem s. Ewy i tym samym podtrzymywała w niej fałszywą tożsamość. S. Ewa, zamiast budować głęboką więź z Panem Jezusem, była zdana na odtwarzanie swej traumy z formatorami, cierpiąc i kryzysując.

Te dwa przykłady pokazały nam, jak problem osobowościowy koncentruje myśli, uczucia, energię wewnętrzną siostry na sobie, na falach i wietrze, zamiast na Panu Jezusie. Będąc uwikłaną, trudno otworzyć się na formację chrześcijańską i zakonną. Trudno też wytrwać w powołaniu zakonnym, jeśli nie zbuduje się głębokiej, zażyłej relacji z Bogiem. Spłycona formacja zakonna rodzi rozczarowania sobą, żal do zakonu, zmęczenie, poczucie bezsensu i winy. Tworzy pokusę wyprowadzenia serca z klasztoru i szukania spełnienia swego życia gdzie indziej, tam, gdzie jawi się ono jako łatwiejsze.

 

W formacji ludzkiej można jeszcze wiele innych zjawisk ze sobą pomylić, nie rozeznając wnikliwie między wartością a tym, co nią nie jest.

Zależność osobowościowa może być utożsamiana z pragnieniem ślubowania posłuszeństwa zakonnego. Tymczasem osobowość zależna w psychiatrii jest sklasyfikowana jako osobowość nieprawidłowa. Taka osoba idzie przez życie w konwencji drogi do Emaus. Oddala się od tego, co trudne, niebezpieczne, poszukując bezpieczeństwa i schronienia. Chętnie oddaje odpowiedzialność za swoje życie w ręce innych, postrzega siebie jako bezradną, bezsilną i niekompetentną, co może być pomylone z pokorą. Nie potrafi twórczo zagospodarować swej samotności, stąd duże nadzieje, że wspólnota wypełni jej tę pustą przestrzeń. Szuka we wszystkim, co robi, aprobaty u otoczenia i prawdopodobnie za swoją zależność znajdzie ją u przełożonych. Podporządkowuje własne potrzeby potrzebom innych, poświęca się tym, od których jest zależna. Nadmiernie ulega ich życzeniom. Nie potrafi zatroszczyć się o siebie. Momentami może przypominać ideał ewangeliczny. Nie jest nim jednak, bo osoba zależna nie funkcjonuje w taki sposób ze względu na Chrystusa i wartości ewangeliczne, ale ze względu na siebie samą. Wszystko to po to, by otrzymać troskę, miłość, gotowe rozwiązania na życie, aprobatę. Nie otrzymuje tyle, ile potrzebuje. Z czasem przeżywa coraz więcej frustracji, gromadzi złość, mówi o bezduszności sióstr, gorzknieje… i kryzysuje.

Podobnie można pomylić ideę duchowego macierzyństwa z realizacją potrzeby własnego macierzyństwa i z wchodzeniem w rolę matki wobec młodych sióstr, rozwój ich infantylizować, oczekując zregresowanego zachowania. Tworzy się wówczas sprzyjający klimat do przenoszenia emocjonalnych doświadczeń przez młode siostry, pozytywnych i negatywnych, przeżywanych z własną matką, na relację z siostrą mistrzynią czy z przełożoną. W tym kontakcie jest wtedy dużo uczuć miłości i złości, buntu i zależności, walki o zainteresowanie i zazdrości, czułości i prób odseparowania się czy budowania własnej autonomii. Można też dostawać za błędy ich matek. Przełożona funkcjonuje wówczas w roli matki małych dzieci, a nie matki dzieci już dorosłych.

Osoby przychodzące są zwykle gotowe na formację i mają tendencję do wpisywania się w oczekiwania formatorów. Wchodzą więc pod roztoczony nad nimi przez zgromadzenie parasol ochronny. Doświadczają uwolnienia od życiowych trosk i wielu odpowiedzialności, by rozwinąć swą relację z Panem Jezusem, stworzyć więź ze zgromadzeniem i zbudować tożsamość zakonną.

Ktoś inny przejmuje kontrolę i odpowiedzialność za ich formację, tworząc warunki do ich duchowego rozwoju. Wprowadza się je w miłosny Boży plan, roztacza przed nimi wizje ewangeliczne. Uczy się je życia w wolności, które jest dyspozycyjnością wobec Bożej łaski i wprowadzeniem optymalnego dystansu do własnych niedojrzałych potrzeb. Organizuje się im czas na modlitwę, studium, pracę i odpoczynek.

Otrzymują bardzo dużo, ale zabiera im się też dużo z trudów życia, które wykształcają osobistą i społeczną dojrzałość, potrzebę troskliwego otwierania na innych, życiową odporność, wytrwałość w egzystencjalnych zmaganiach, odpowiedzialność.

Jak prowadzić formację:

– by uniknąć subtelnych błędów formacyjnych,

– by mając odpowiedzialność i towarzysząc w formacji, nie zdjąć odpowiedzialności z osoby formowanej za jej rozwój,

– by sprawując kontrolę, wychowywać do samokontroli,

– by kształcąc pokorę, zachować poczucie własnej wartości,

– by porządkując sferę uczuciową, nie stłumić uczuć,

– by formując do posłuszeństwa, nie wzmacniać zależności osobowościowej,

– by zakreślając granice pewnej życiowej przestrzeni, otwierać wychowankę do kreatywności, poszukiwań, rozeznawania,

– by troszcząc się i dając, uczyć wdzięczności wobec otrzymanego i przeżywania radości z obdarowywania innych,

– by kształtując w niej Boże dziecięctwo, pozwolić jej pozostać dorosłą i rozwijającą swoją kobiecość?

Kładąc niewłaściwie akcenty w procesie formacyjnym, można rozwój młodej osoby zniekształcić, zaproponować nałożenie uciskającego gorsetu. Wtedy osoba ma dwie możliwości do wyboru: albo go nosić i cierpieć, albo się zbuntować i go zrzucić. Z punktu widzenia rozwojowego noszenie gorsetu jest kryzysem, bo deformuje czy zatrzymuje rozwój. Oby tylko osoba kryzysująca wraz z gorsetem nie odrzuciła łaski powołania.

I nawiązując do ostatniego przykładu, dobrze się stanie, gdy osoba prowadzona w kierunku zinfantylizowania swej osobowości, zbuntuje się jak nastolatka wobec własnej matki, by osiągnąć osobowościową autonomię. „Gdy stałem się człowiekiem dojrzałym, wyzbyłem się tego, co dziecięce” mówi św. Paweł.

Jak się okazuje, każdy człowiek ma swój własny kod i zadaną własną oryginalność. Nikt z nas nie został stworzony kopią drugiego. Każdy więc potrzebuje twórczej odwagi, by pójść sobie właściwą drogą i nie uczynić swego życia duplikatem cudzego. Dojrzała formatorka dostrzega ten Boży dar i w formacji troszczy się o jego rozwój.

 

Kryzysy jako konsekwencje niewłaściwych wizji formacyjnych

Wspólnoty zakonne mają też wspólny wzorzec ewangeliczny, jaki daje im Pan Jezus, charyzmat i własne prawo zgromadzenia, tworzące wielką przestrzeń dla rozwoju osobowego, wyznaczając pewne miary i tworząc wspólne kanony piękna duchowego.

Do zakonnych wizji formacyjnych przedostały się pewne wzorce dysfunkcyjne, narażające siostry na przewlekły stres, prowadzące do syndromu wypalenia, a kreujące wizerunek siostry zakonnej chronicznie grzecznej, wciąż zapracowanej i poświęcającej się, niedającej sobie prawa do wypoczynku, miłującej bliźniego, ale nie siebie. Nierealne ideały bardziej wywołują poczucie zagrożenia niż motywują.

Spróbujmy przyjrzeć się konsekwencjom tej opcji formacyjnej, bo przecież nie ewangelicznej wizji formacyjnej. Pan Jezus z miłości do człowieka przejawiał gniew na wszelkie zafałszowania motywacyjne i deformacje ludzkiego rozwoju.

Kultura chronicznej grzeczności myli bycie miłym z miłością bliźniego, zakłada rezygnację ze swej autentyczności w wyrażaniu siebie, a nieschodzący z ust uśmiech staje się łagodną karykaturą słodkich pozorów.

Miłość bliźniego to pragnienie dobra dla osoby, to bycie miłosiernym, jak Ojciec jest miłosierny, a w pewnych sytuacjach to umiejętność powiedzenia nie, to zakreślanie granic i zatrzymywanie czyjejś agresji czy manipulacji: „i ja ci nie powiem, jakim prawem to czynię…, dlaczego mnie bijesz…, nie możesz służyć Bogu i mamonie…”.

Za zasłoną grzeczności może ukrywać się własny interes, lęk o własną samoocenę, uzależnioną od opinii ludzkiej, skrywane bardzo negatywne uczucie. A miłość nie szuka swego, nie postępuje nieprzyzwoicie i raduje się prawdą – głosi św. Paweł.

Osoby konsekrowane przeżywają lęk, wstyd, poczucie winy z powodu przeżywanej złości, na której powstanie nie mają wpływu. Jest to uczucie zakazane i stąd często zaprzeczone. Chociaż Pan Jezus złość wyrażał.

Kiedy złość nie zostanie zidentyfikowana i nie znajduje konstruktywnego ujścia, nie ma mowy o rozwoju, rodzi się natomiast patologia. Złość nagromadzona, skłębiona, ma w sobie większą siłę, która szuka ujścia w impulsywnych wybuchach, zaburzeniach funkcjonowania organizmu albo w biernej agresji, w obmowach i ukrytych wrogich działaniach, czynionych poza plecami zainteresowanego, przed którymi nie może się obronić, bo o nich nie wie. I wtedy dzieje się bliźniemu krzywda.

Kultura chronicznej grzeczności spłyca kontakty, uniemożliwia konstruktywne uwolnienie złości, rodząc obojętność czy z czasem nienawiść, niszczy więzi, szacunek do siebie, wyczerpuje i wypala.

Ważnym czynnikiem kryzysogennym może być praca bez wytchnienia. Chodzi o brak zrównoważonego podejścia do pracy, która w życiu osoby konsekrowanej przestaje być misją, a staje się z nadmiernego zaangażowania, nieinspirującej już perfekcji i przemęczenia przykrym obowiązkiem bądź tylko terenem samorealizacji, spełniania siebie czy też ucieczką od trudnych relacji we wspólnocie, od własnych problemów, od samotności.

Praca dla Boga, wbrew funkcjonującym stereotypom o wciąż zapracowanych rękach zakonnicy, rodzi potrzebę odosobnienia i wyciszenia, wybierania lepszej cząstki u stóp Jezusa, kontaktu ze sobą i swymi emocjami, psychicznej i fizycznej regeneracji sił, czasu na kontemplację dzieła stworzenia. Odpoczynek dla osoby konsekrowanej jest więc generowaniem twórczych sił do pracy.

Kochać Boga, bliźniego i zapominać o sobie – jest zniekształceniem idei biblijnej, narażającym osobę konsekrowaną na porażkę i chroniczne kryzysowanie.

Miłość siebie okazuje się często najtrudniejszą miłością, wywołującą lęk, bezradność, wymagającą wielkich inwestycji duchowych i ciężkiej pracy. Stąd łatwiej o sobie zapomnieć.

Kochać siebie, w kontekście naszego tematu, to odnaleźć własne miejsce w Bożym planie i zrealizować swoje powołanie, pokonując kolejne kryzysy. To najpierw odkryć Bożą miłość do siebie, przychodzącą przez rodziców, innych ludzi i pozwolić sobie przeżyć radość i szczęście: Boże, dziękuję Ci, żeś mnie stworzył tak cudownie. To budować własną tożsamość, odkrywając Boże dary jako zadane do pomnożenia i swoje ja, z własną wielkością i zawstydzającą słabością czy ograniczeniami, które tak trudno zaakceptować. To budować godność Bożego stworzenia i doświadczać siebie w całej prawdzie, by wołać: zmiłuj się nade mną Panie, bo jestem słaba. Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego. Pan jest moją opoką.

Kochać siebie to podejmować ciężką pracę nad sobą przez całe życie, biorąc na siebie odpowiedzialność za sposób istnienia na drodze rad ewangelicznych, weryfikując i wzbogacając własną filozofię życiową, porządkując sferę uczuciową, rozeznając wartości od niedojrzałych potrzeb, podejmując kreatywnie zleconą misję i rozwiązując kolejne kryzysy, wciąż Boga prosząc, by chodzić Jego ścieżkami, choćby prowadziły przez ciemną dolinę.

Osoba konsekrowana, która nie przeżyła wielkości i dobroci Boga, nie pokochała siebie miłością bezwarunkową, nie doświadczyła bezpieczeństwa, ciepła i miłości od ludzi, nie przeżyła radości z trudu własnego istnienia i rozwoju, nie potrafi też obdarować bezinteresownie miłością drugiego człowieka. Tęsknie spogląda na barwy szczęścia za murem klasztornym i walczy z nieproszonymi myślami. Chcąc zapomnieć o sobie i poświęcić się dla innych, koncentruje się egoistycznie na sobie, tworzy zabezpieczenia i odtwarza swój życiowy ból w relacji z bliźnimi, raniąc ich, używając dla spełnienia siebie, i oskarżając za własne nieszczęście. I kiedyś trudno jej będzie odchodzić z krzyżem cierpienia i choroby w pokoju.

 

Rola wspólnotowych mechanizmów homeostatycznych w przeżywaniu kryzysów

Człowiek jest istotą społeczną, do rozwoju i przetrwania potrzebuje relacji. Wspólnota zakonna ma charakter teocentryczny, określoną misję i charyzmatyczną propozycję realizowania wartości i własnej świętości również w relacjach siostrzanych. Wspólnota ma swoją strukturę, swoje normy pisane i niepisane, określone zasady społecznego współżycia, własną kulturę i duchowość. Poszczególni członkowie pełnią określone role i funkcje we wspólnocie i podejmują zadania w niej i poza nią.

Wspólnota wytwarza pewne mechanizmy homeostatyczne, wprowadzające względną równowagę między byciem blisko i daleko, między dawaniem i braniem, między stopniem unifikacji i zachowaniem własnej tożsamości czy odrębności.

Wszystko to po to, by mogła zrealizować swoje cele, zachować priorytety, stworzyć członkiniom możliwości rozwojowe.

Osoby konsekrowane, zwłaszcza kobiety, szukają we wspólnocie uczucia, bliskości, przywiązania, bezpieczeństwa, akceptacji, uznania, wsparcia, potwierdzenia swej wartości, możliwości wyrażenia siebie. Dla kobiet bliskość jest wielkim buforem, chroniącym choćby przed przygnębieniem. Siostry zakonne zwykle się do tego nie przyznają, boją się mówić o takich potrzebach, bo jakoby osoba konsekrowana nie miała prawa ich posiadania, ale to wcale nie znaczy, że nie dążą do ich zaspokojenia, jednocześnie im zaprzeczając.

Siostry przychodzą z różnych mikrokultur, ze swoim bagażem doświadczeń i oczekiwań. Członkinie z nierozwiązanymi problemami mogą mieć trudności z określaniem granic np. swoich potrzeb dominacji, kontroli, akceptacji, miłości, wyróżniania się… Przykładem mogą być s. Beata i s. Ewa, które oczekiwały więcej, niż standard zakonny mógł im dać. Ich potrzeby, gdyby były realizowane, naruszyłyby pewien relacyjny porządek.

 

Wspólnota dba o zachowanie wypracowanej wspólnotowo równowagi poprzez nagradzanie, tj. afirmację, bądź karanie, czyli różne formy dezaprobaty, a nawet odrzucenie.

Osoby nieprzystosowane osobowościowo do życia zakonnego, niemieszczące się w przyjętych ramach, chcą więcej i tym samym ranią innych i narażają siebie na zranienia.

Niektóre osoby uruchamiają pewne mechanizmy czy sposoby zakamuflowane, o charakterze manipulacji, by otrzymać to, co im potrzebne. Częstym mechanizmem jest wchodzenie w rolę ofiary, by mieć więcej współczucia, opieki, by w ten sposób uwolnić swoją złość i wymierzyć sprawiedliwość sprawczyni czyimiś rękoma. Jeśli ofiara została rzeczywiście zraniona, pielęgnuje wówczas ukrytą więź z bólem, trudno się jej rozstać z rozczarowaniami, pretensjami.

W placówkach służby zdrowia mówi się o hipochondryzacji u osób duchownych. Ten mechanizm może być generowany przez zaszyfrowany lęk przed starzeniem, śmiercią, przez potrzebę uzyskania pewnych ulg, przywilejów we wspólnocie, zainteresowania sobą, bo cierpi się z powodu tychże niedosytów.

Można też swoje prośby tak opakować, że przełożona czy adresatka ma się domyśleć, czego naprawdę się potrzebuje. A jeśli adresatka się nie domyśli czy źle się domyśli, to w sposób równie zakonspirowany karze się ją czy budzi się w niej poczucie winy. Manipulacja zawsze wywołuje złość u osoby manipulowanej. A ponieważ osobie zakonnej złości nie wypada przeżywać, rodzi się nowy problem, co z nią zrobić, by samej jej nie zauważyć i by inni jej nie zobaczyli. Dla niej też trzeba znaleźć ukryte kanały ujścia.

Przytoczone tu niektóre zjawiska odbierają członkiniom wspólnoty wiele energii, psują relacje, zniechęcają, wypalają. Dlaczego więc tak się postępuje?

– Czy wynika to z nieumiejętności życia dla wartości?

– Czy też przyjęty kanon świętości nie uwzględnia praw ludzkiego rozwoju?

– Czy stawianie takich wymagań, określanie tychże standardów wynika z pragnienia uświęcenia człowieka czy z radykalizmu, będącego często tylko przysłoną dla braku miłości? Po owocach poznacie, co jest dobre, a co złe, mówi Pan Jezus.

 

Trudne sytuacje jako kryzysy zewnątrzpochodne

Trudne wydarzenia można przeżywać jako zadania, które stają się szansą na rozwój, lub jako ciężar, który przytłacza. W życiu osób konsekrowanych cierpienie ma sens zbawczy, jest wyrazem upodobnienia do Chrystusa i stanowi sprawdzian autentycznej świętości życia. Boimy się niesienia krzyża, i nic w tym dziwnego. Pan Jezus też się bał. Formujemy siebie do gotowości naśladowania Jezusa w cierpieniu, ale też prawdą jest, że przeżywanie codziennych trudnych sytuacji czasem nas przerasta.

Czynnikami znaczącymi sposób zachowania człowieka w trudnej sytuacji jest nie tylko nadprzyrodzona motywacja, poziom zaufania do Boga, ale i poczucie własnej wartości, kompetencji, osobowość, stan psychofizyczny organizmu, odporność emocjonalna, poprzednie doświadczenia w relacjach z ludźmi, wypracowany poprzednio styl radzenia sobie ze stresem.

I nie można nie doceniać tych czynników w przeżywaniu trudnych wydarzeń czy podejmowaniu trudnych zadań, takich jak zmiana placówki i wiążącej się z tym misji, zmiana roli z przełożonej na podwładną, raniące relacje z osobami zaburzonymi we wspólnocie, choroba terminalna, utrata osób znaczących.

Osoby konsekrowane mogą okazać się słabiej przygotowywane do konstruktywnego radzenia sobie ze stresem, jeśli ich styl formacyjny miał charakter bardziej pasywny, tłumiący, zależny, z usytuowanym ośrodkiem kontroli bardziej na zewnątrz. Odkąd są w zgromadzeniu, nie muszą o wiele rzeczy walczyć, zabiegać. Rozwiązuje się im problemy, organizuje i układa życie, załatwia za nie wiele spraw, choćby w urzędach. Zdejmuje się z nich wiele życiowych odpowiedzialności. Wobec trudności uczy się je bardziej pasywnej postawy, polegającej na przyjmowaniu cierpienia, niesieniu krzyża. Mają o sobie zapomnieć, a nie walczyć o siebie. Tak obniżają sobie emocjonalną odporność. W czasie formacji doświadczają własnej słabości, rzadziej kształcą świadomość dobrych swych stron z obawy przed pychą. Jeśli jeszcze źle zrozumieją pokorę, obniżają swą samoocenę i poczucie własnej wartości. Tworzą sobie grunt do powstania lęków. Na świadome ich przeżywanie i przepracowanie też sobie nie mogą pozwolić, bo lęk jest rozumiany jako wynik braku zaufania Panu Bogu. Tłumią więc w sobie wiele uczuć, co odbiera im życiową witalność. Często monitorują siebie, a czasem wręcz wpadają w nadmierną zależność, by zyskać akceptację czy aprobatę.

A trudne zadanie, choćby zmiana pracy i placówki, oznacza utratę tego, co znane i dające bezpieczeństwo, utratę osób, dających wsparcie. Doświadczenie samotności domaga się zdynamizowania wewnętrznych zasobów, konieczności przyjęcia nowej życiowej perspektywy, skoncentrowania się na pozytywnych aspektach sytuacji i własnym potencjale, otrzymanym od Pana Boga, rozwijania nowych inicjatyw i wykazania zawodowej kreatywności, potrzeby stworzenia nowych więzi, poradzenia sobie z trudnymi emocjami, często z wszechogarniającym lękiem i bezradnością.

Nowe zadanie, w szerokim tego słowa znaczeniu, aż po przejście na wyższy szczebel organizacji osobowości, może jawić się jako zagrażające własnej integralności, wywołując kryzys.

 

ROZWIĄZYWANIE KRYZYSÓW

 

Najpewniejszą pomoc w kryzysie można znaleźć u Pana Boga. Pan Jezus powstrzyma wiatry i uciszy fale wzburzonych uczuć, a w momencie kryzysu wiary wyciąga swą rękę, chwytając bezpiecznie.

Maria, kochająca Jezusa i głęboko wcześniej Mu ufająca, przepełniona żalem po stracie Mistrza i być może po utraconej nadziei, idąca z misją do Jego grobu, poszukuje Go i nie znajduje. To prawdopodobnie wzburzone uczucia i błędna wizja dalszego rozwoju wydarzeń, z utartym schematem, że Zmarłego znajdzie w grobie, powodują kryzys i nie pozwalają jej rozpoznać Zmartwychwstałego. Słowo Jezusa wyprowadza ją z tego stanu zamieszania, bo chociaż Maria źle widzi, to słyszy Mistrza i rozpoznaje Jego głos. A Pan Jezus zmienia jej duchową wizję zaistniałych wydarzeń i stan uczuć.

Tak zachowuje się Pan Bóg, gdy Go poszukujemy, choćbyśmy wątpili. Ewangelia pokazuje nam, a doświadczenie potwierdza, że Pan Jezus oczekuje naszej współpracy w procesie rozwiązywania zaistniałych kryzysów.

Kryzys doprowadza do rozpadu starych struktur funkcjonowania psychospołecznego jako nieefektywnych lub już nieaktualnych. Tworzy się pustka psychologiczna.

Gdy sytuacja zostanie oszacowana przez kryzysującego jako silnie zagrażająca lub szkodząca, może dojść do wystąpienia ostrej reakcji stresowej, od pobudzenia fizjologicznego, przez fazę mobilizacji, do fazy odporności i adaptacji, a czasem, niestety, aż do wyczerpania czy destrukcyjnego odreagowywania napięcia.

Ostry kryzys może więc uruchomić różne poziomy aktywności przystosowawczej: emocjonalny, wegetatywny z pobudzeniem fizjologicznym, poznawczy i psychologiczno-społeczny, uwzględniający relacje interpersonalne. Wszystkie wymienione procesy mogą przebiegać równocześnie, wielopoziomowo, dynamicznie zmieniając się w czasie i na siebie modyfikująco oddziaływać.

Dla rozwiązywania konstruktywnego kryzysów szczególnie ważna jest faza mobilizacji, w której kryzysujący aktywizuje wewnętrzne zasoby w celu przywrócenia zachwianej równowagi, wierzy w możliwość zmiany, jest otwarty na poznawcze, obiektywizujące zrozumienie swojej sytuacji, na reorganizację dotychczasowego funkcjonowania, a także na pomoc z zewnątrz.

Kryzys staje się okazją, by wsłuchać się we wzywający po imieniu głos Zmartwychwstałego, uchwycić się Jego ręki, uruchamiając procesy wzrostu, obejmujące poprawę relacji z Bogiem i z ludźmi, progresywne zmiany w systemie wartości, uzyskanie większych kompetencji w pełnieniu ról społecznych, polepszenie obrazu własnej osoby, zwiększenie odporności psychicznej.

W sytuacji jednak dużego zamieszania duchowego, oszacowania trudności, jako niedających się rozwiązać, zwłaszcza w kryzysie długotrwałym, może dojść do wyczerpania się środków zaradczych, bezradności, wzrostu napięcia, utraty kontroli nad wydarzeniami, a także nad własnym zachowaniem. Następuje wówczas przechodzenie od realnych i konfrontacyjnych form radzenia sobie z trudnościami do strategii unikowych lub nieadekwatnych rozwiązań, nastawionych na obronną reinterpretację siebie i swych relacji ze środowiskiem oraz na regulację, z różnym skutkiem, występujących emocji i poziomu napięcia.

Zatem niektórym osobom latami nie udaje się przezwyciężyć kryzysu, a czasem nigdy. Funkcjonują na poziomie dezorganizacji psychicznej, przeżywając zgeneralizowaną utratę znaczenia i sensu swego życia.

Można też zredukować kryzysowe napięcie przez zachowania neurotyczne czy nawet psychotyczne. Takie osoby wycofują się w obliczu trudności czy udramatyzowanych wyzwań, stają się lękliwe, depresyjne, obwiniające siebie albo podejrzliwe, agresywne, oskarżające innych. Urazowe doświadczenia niekoniecznie czynią człowieka lepszym i mądrzejszym.

A można, dzięki swej sile i wsparciu społecznemu, wrócić do funkcjonowania na poziomie przedkryzysowym, niczego w sobie nie zmieniając. Krzywa rozwojowa tych osób nie przyjmuje charakteru progresywnego.

 

 


[1] Encyklopedia psychologii. Pod red. W. Szewczuka. Wydawnictwo Fundacja – Innowacja. Warszawa 1998.

[2] Psychologia rozwojowa w zarysie. A. Birch, T. Malim, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1999.

Poprawiony: piątek, 22 maja 2009 14:38
 

© 2001-2012 Konferencja Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych * webmaster * XHTML and CSS.